Radio Maryja. Na Polach Grunwaldzkich odbywa się jubileuszowa 25. inscenizacja Bitwy pod Grunwaldem. Wydarzenie jest kulminacyjnym punktem trwających „Dni Grunwaldu”. W tym roku inscenizacja odbywa się w 613. rocznicę Bitwy pod Grunwaldem. Na miejsce wydarzenia przybyło ok. 3500 rekonstruktorów z Polski i zagranicy, a w samej
Informacje o Medal 550 lat Bitwy pod Grunwaldem - 6140463941 w archiwum Allegro. Data zakończenia 2016-04-27 - cena 237,06 zł
Muzeum Bitwy pod Grunwaldem w Stębarku Stębark 1, 14-107 Gierzwałd. Godziny otwarcia. Muzeum jest czynne przez cały rok. Od 10 kwietnia do 30 września
15 lipca minie 600 lat od bitwy pod Grunwaldem. To, jak wyglądała, wiemy głównie z filmu "Krzyżacy" w reżyserii Aleksandra Forda. Okazuje się jednak, że nie wszystko, co z niego pamiętamy
Jan Matejko zaczął malować „Bitwę pod Grunwaldem" jesienią 1875 r., a prace ukończył na początku 1878 r. Dzieło powstawało tak długo nie bez przyczyny – ten obraz (olej na płótnie
Głównym punktem spotkania jest inscenizacja bitwy z okazji rocznicy Bitwy pod Grunwaldem. Na pole wychodzi ponad 1400 rycerzy aby wziąć udział w największej plenerowej inscenizacji bitwy średniowiecznej na terenie naszego kraju. A wszystko to dzieje się na oczach ponad 100 tyś widzów. Data wydarzenia: 17 lipca 2021 r., godz. 15:00.
godz. 14 Wyjście rekonstruktorów historycznych na pole bitwy. godz. 15 XXV Inscenizacja bitwy pod Grunwaldem. godz. 16.30 Roderyk, koncert zespołu „Medieval Folk" (scena u Rycerzy 3 x 20 min) - pokaz mody średniowiecznej (scena u Rycerzy 3 x 20 min) godz. 19-23 Koncerty z okazji 25. Inscenizacji Bitwy pod Grunwaldem cz.
Zakon krzyżacki – dziedzictwo historyczne i kulturowe a teraźniejszość. Der Deutsche Orden – das Historische und Kulturelle Erbe und die Gegenwart, red. I. Lewandowska, G. Białuński, Pracownia Wydawnictw Naukowych, Olsztyn 2016, ss. 280.
Dziś przypada 610. rocznica Bitwy pod Grunwaldem, jednej z największych – pod względem liczby uczestników – bitew w historii średniowiecznej Europy. 15 lipca 1410 roku na polach pod Grunwaldem starły się dwie ogromne siły.
Dzisiaj mija 606. rocznica od Bitwy Pod Grunwaldem. Bitwa ta zakończyła się zwycięstwem wojsk polsko-litewskich i pogromem sił krzyżackich, nie została jednak wykorzystana do całkowitego zniszczenia zakonu.
dbvTh. Rolnik wykorzystał zamieszanie związane z wyjazdem "rycerzy", którzy brali udział w tegorocznej inscenizacji bitwy pod Grunwaldem i ukradł fragment ogrodzenia otaczającego pole. Jak informuje policja, 66-latek chciał wykorzystać drewniane pale na opał. Teraz stanie przed informuje policja, w niedzielę - nazajutrz po inscenizacji bitwy z 1410 roku na Polach Grunwaldu (województwo warmińsko-mazurskie) - doszło do kradzieży części ogrodzenia odgradzającego rekonstruktorów od policji 66-letni mieszkaniec gminy Grunwald skorzystał z zamieszania związanego z wyjazdem rekonstruktorów i pracami porządkowymi po obchodach. Przyjechał traktorem i rozebrał część drewnianego ogrodzenia, które odgradzało widzów od walczących wojsk polskich i planował wykorzystać drewno jako opałO kradzieży powiadomił organizator historycznej inscenizacji, który oszacował szkody na sześć tysięcy złotych. Sprawcę ustalili policjanci z posterunku w Stębarku, a ogrodzenie udało się Skradzione żerdzie podejrzany zabrał na swoją posesję. Planował wykorzystać to drewno jako opał - przekazała mediom aspirant Anna Karczewska z ostródzkiej usłyszał zarzut kradzieży. Przyznał się do tego czynu, będzie odpowiadał przed sądem. Za kradzież grozi kara do pięciu lat fragment ogrodzenia inscenizacji bitwy pod GrunwaldemKPP w OstródzieOrganizator wydarzenia: mógł zapytaćJak powiedział dziennikarzom prezes Fundacji "Grunwald 1410" Henryk Kacprzyk, organizatorzy po zakończeniu imprezy zwykle pozwalają okolicznym mieszkańcom wykorzystywać na opał pozostałości ogrodzenia czy drewniane elementy obozu rycerskiego, które nie będą przydatne za rok. Jednak - jak zaznaczył - warunkiem jest wcześniejsze uzyskanie zgody od fundacji. Tegoroczna inscenizacja bitwy odbyła się z udziałem blisko dwóch tysięcy rekonstruktorów z bractw rycerskich, a obejrzało ją ponad 20 tysięcy Pomorze, PAPŹródło zdjęcia głównego: KPP w Ostródzie
Był złym człowiekiem – mówią ci, którzy znali i pracowali z reżyserem „Krzyżaków” Aleksandrem Fordem. W marcu 1968 r. Forda dopadła antysemicka nagonka. W nocy 4 kwietnia 1980 r. 72-letni reżyser Aleksander Ford usiadł przy biurku w małym hotelu Naples na Florydzie i napisał krótki tekst. Kiedy skończył, włączył magnetofon i nagrał do żony i córki parę słów na taśmie. – Taki jestem, a właściwie taki byłem – zakończył niskim, głębokim głosem. „Na całej swojej drodze nie spotkałem człowieka tak bezwzględnie cwanego jak Ford. Myślę, że mogę o nim to śmiało napisać, gdyż wiem, ilu ludzi, ile pomysłów i ile filmów zmarnował ten najbardziej cwany oportunista” – wspominał Marek Hłasko w „Pięknych dwudziestoletnich”. Poznali się przy okazji ekranizacji powieści Hłaski „Ósmy dzień tygodnia”. Fordowi odradzano to przedsięwzięcie, ale uznał, że dokona „odhłaszczenia” polskiego filmu. Prawda jest taka, że Hłasko, enfant terrible polskiej literatury, był bardzo modny. A Forda interesowały wszelkie nowe trendy. Dobiegał pięćdziesiątki i chciał trzymać rękę na pulsie. Jego nowatorska w formie „Piątka z ulicy Barskiej”, gdzie za szerzącą się przestępczość Ford obwinił młodzież z wojennego podziemia, zaledwie parę lat wcześniej zdobyła za reżyserię nagrodę w Cannes, więc Ford płynął na fali popularności. Ale na ekranizacji Hłaski się przejechał. Mówiono, że nie wyczuł subtelności opowiadania i stworzył obraz na podstawie własnych wyobrażeń o bolączkach młodzieży. Hłasko stwierdził: „Z filmu wyszło g.... Ford zrobił film na temat, że ludzie się nie mają gdzie rżnąć – wspominał – co oczywiście nie jest prawdą; rżnąć można się wszędzie”. Władza też nie była zachwycona. Władysław Gomułka nie mógł znieść pesymistycznej wymowy filmu, tułającego się bez celu bohatera i tego, że „wszyscy ciągle piją wódkę”, więc wycofał zgodę na emisję. „Ósmy dzień tygodnia” przeleżał na półce 25 lat, do 1983 r. A Aleksander Ford, ulubieniec władzy, znalazł się w niełasce. A jeszcze niedawno mógł wszystko. Znał całą wierchuszkę partii z Bierutem na czele. Popierał go sam Jakub Berman, jedna z najważniejszych postaci PZPR, członek komisji do spraw bezpieczeństwa, który kazał wysyłać do więzień i na śmierć żołnierzy AK. Z takimi przyjaciółmi Ford czuł się wszechmocny. To jemu łódzka szkoła filmowa zawdzięczała nowoczesne kamery, które kazał sprowadzić z wytwórni w Babelsbergu pod Poczdamem, gdzie w czasie wojny naziści kręcili filmy antysemickie, a po wojnie o przygodach Winnetou. To on się uparł, żeby stworzyć zespoły filmowe, takie jak Studio. I była to jedyna rzecz, za którą filmowcy byli mu wdzięczni. Ford studiował historię sztuki, ale film interesował go bardziej. Jeszcze w latach 30. stworzył kilka krótkometrażowych obrazów na tematy społeczne: „Legion ulicy” – o warszawskich gazeciarzach, „Ludzi Wisły” – o społeczności wodniaków czy nagraną w jidysz „Drogę młodych” o dzieciach chorych na gruźlicę z sanatorium w Miedzeszynie. Film – jak wspominał krytyk Tadeusz Lubelski – wychodząc poza ramy klasycznego dokumentu, zachwycił wielu zagranicznych reżyserów, w tym samego Luisa Buñuela, bo Ford był samorodnym talentem: kreatywny, oryginalny, a wychodząc z kamerą na ulicę, wyprzedzał nawet włoskich neorealistów. – Gdyby wtedy przybył do Hollywood, byłby nie tylko Goldwynem amerykańskiego filmu, ale Goldwynem-Meyerem razem – mówił amerykańskie publicysta David Halberstam. Zanim przyszła wojna, był już wojującym komunistą – działaczem Komunistycznej Partii Polski i Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom, a we wrześniu 1939 r. „podpisał się” pod sowiecką aneksją wschodniej części Polski i stawił w Mińsku do dyspozycji ekip kręcących materiał z triumfalnego pochodu Armii Czerwonej przez polskie ziemie. Nie wstąpił do armii Andersa, tylko jako młody, zdolny, dyspozycyjny porucznik, który dobrze rozumiał potrzeby nowej władzy ludowej i umiał się przypodobać, został kierownikiem Czołówki Filmowej Wojska Polskiego przy I Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, która tworzyła się w Sielcach nad Oką. Filmował przemówienia Wandy Wasilewskiej, Zygmunta Berlinga, Karola Świerczewskiego, dokumentował tworzenie się polskiej armii, tuż po wyzwoleniu nakręcił przejmujący obraz „Majdanek – cmentarzysko Europy”. Był bardzo gorliwy, więc wyznaczono mu rolę oficera oświatowego. Miał być jednym z tych namaszczonych przez Stalina, którzy stworzą w Polsce nowe elity władzy. Stalin znakomicie zdawał sobie sprawę z propagandowo-wychowawczej siły filmowego przekazu, więc Fordowi – już w randze pułkownika – w 1945 r. powierzono funkcję dyrektora Filmu Polskiego. Natychmiast urósł we własnych oczach i dał to odczuć swojemu środowisku. – Jeśli przed wojną był po prostu kolegą – wspominała inna zasłużona komunistka, reżyser Wanda Jakubowska – to po wojnie stał się dla nas Pułkownikiem. Był niemal panem życia i śmierci polskich filmowców i bez skrupułów korzystał z tej władzy, eliminując konkurencję. – Ford był niezwykle współczujący i życzliwy każdemu, kto nie dawał sobie rady i tonął. Na przykład tonął w basenie – ironizował prof. Edward Zajiček, wykładowca PWSTiF w Łodzi. – Ale jak zobaczył, że ktoś samodzielnie pływa i to jeszcze szybciej od niego, to nie daj Boże. Pomagał tylko słabszym od siebie, podporządkowując ich sobie całkowicie. W książce „Poza ekranem. Kinematografia polska 1918-1991” Edward Zajiček pisze, że Ford tak długo nakazywał robić poprawki, aż zniechęcony scenarzysta zgadzał się sprzedać mu swój scenariusz za grosze. W ten sposób na przykład „odkupił” od Ludwika Starskiego projekt filmu o Januszu Korczaku i od Stanisława Urbanowicza pomysł na „Moniuszkę”. Ta sztuczka nie udała się z ekranizacją wspomnień Władysława Szpilmana „Śmierć miasta 1939-1945”, więc nie pozwolił na skierowanie projektu do produkcji. – Był po prostu obsesyjnie zazdrosny – twierdzi reżyser Kazimierz Kutz. W 1946 r. Ford utrącił projekt ekranizacji „Placówki” Bolesława Prusa, który chciał realizować zdolny reżyser Jerzy Gabryelski. Ale na tym się nie skończyło. Ponieważ Gabryelski miał także zamiar walczyć o emisję swojego filmu o powstaniu warszawskim, bo towarzyszył powstańcom z kamerą przez wszystkie 63 dni walki, Ford go zadenuncjował. Nie dość, że wyrastał mu zdolny konkurent, to jeszcze czarny reakcjonista. Gabryelski znalazł się w stalinowskim więzieniu, gdzie spędził trzy miesiące. Przeżył tortury, a po wyjściu nie pozwolono mu już robić filmów fabularnych. W 1965 r. wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Inny z szykanowanych przez reżysera artystów, Antoni Bohdziewicz, w końcu nie wytrzymał i odsunięty od prowadzenia kursu dla przyszłych filmowców napisał do Forda: „Jest Pan złym dyrektorem przedsiębiorstwa i tego nie da się dłużej schować pod korcem… Panie Aleksandrze, Pan wcale nie posiada zdolności organizowania, kierowania, rządzenia, jest Pan zmienny, kapryśny, chwiejny, łatwo Pan ulega złudzeniom (że wszystko jest dobrze), bardzo często bierze Pan fikcję za rzeczywistość”. Mocodawcy Forda też się szybko zorientowali, że w Filmie Polskim źle się dzieje. Ford kierował do realizacji bardzo niewiele scenariuszy. Kontrola Rady Państwa ujawniła też, że w zarządzanym przez Forda przedsiębiorstwie fałszowano dokumenty i wypłacano na lewo pensje. W 1947 r. reżyser został więc odsunięty od kierowania Filmem Polskim, ale nadal kręcił filmy. W 1948 r. powstała wielokrotnie przemontowywana „Ulica Graniczna”, nazwana przez Marię Dąbrowską antypolską, o trudnych polsko-żydowskich relacjach, którą z obawy o antysemickie reakcje Ford nakręcił w Czechosłowacji. Jego władza i wpływy w kinie nadal były ogromne. Do przezwiska Pułkownik doszły więc kolejne: Car i Dyktator. Był początek sierpnia 1959 r., gdy w malowniczych plenerach Malborka i Starogardu Gdańskiego rozłożyło się filmowe miasteczko z tysiącem statystów i ponad 300 końmi. Ekipa filmowa z reżyserem Aleksandrem Fordem, wyposażona w najnowocześniejszy sprzęt, w tym kupione specjalnie na tę okazję szerokokątne obiektywy, przystąpiła do realizacji „Krzyżaków”. Film – jeden z pierwszych kolorowych w polskiej kinematografii – postanowiono kręcić na amerykańskiej taśmie Eastman, żeby nie korzystać z niemieckiej Agfy, w myśl zasady: „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz” – ani ten walczący mieczem w średniowieczu, ani ten posiadający najnowszą technologię. Film by nie powstał, gdyby nie życzenie Władysława Gomułki. Zbliżała się 550. rocznica bitwy pod Grunwaldem i Gomułka doszedł do wniosku, że to znakomita okazja do antyniemieckiej propagandy. Niemcy zachodnie, z prezydentem Konradem Adenauerem, jeszcze się wahały z uznaniem naszej granicy na Odrze i Nysie, więc warto było przypomnieć Polakom, że wciąż stanowią zagrożenie. Krzyżacy – których uważano za protoplastów nazistów, znakomicie nadawali się do tego, żeby utrwalić wizerunek złego Niemca, który od tysiąca lat niszczy Polskę. Na ekranizację prozy Sienkiewicza Ford dostał 30 milionów złotych, tyle, ile wystarczyłoby na 11 innych filmów. Dzień i noc pracowały setki konsultantów, przygotowano 18 tysięcy kostiumów. Film powstał w niecały rok, i tak jak planowano, pierwszy pokaz odbył się w łódzkiej Hali Sportowej w 550. rocznicę bitwy pod Grunwaldem 15 lipca 1960 r. Tylko w ciągu czterech miesięcy obejrzało go 2 mln widzów. Aktorzy, a szczególnie statyści, byli zachwyceni „miłym panem” reżyserem. Ford dobrze wiedział, czego wymagać od aktora i jak zagadać do wózkarza, żeby pracował jak w amerykańskim filmie – wspomina w filmie Stanisława Janickiego „Kochany i nienawidzony” Beata Tyszkiewicz. Wiedział na przykład, że żona wózkarza ma na imię Gabriela i że zwichnęła nogę, więc gdy go o to pytał, ten zwykły wózkarz rozpływał się w zachwytach. A to był tylko trik. Mieczysław Kalenik, czyli Zbyszko z Bogdańca, wspominał: – Na każdą moją propozycję aktorską mówił: „Mieteczku, bardzo dobrze, bardzo dobrze. Tylko wiesz, bo mnie to się nie będzie w ogóle zgadzało w obrazie. Musisz się tutaj zatrzymać i dopiero w takiej sytuacji rób to, o czym mówisz”. Miałem poczucie, że wiele proponuję, a tak naprawdę poddawałem się za każdym razem sugestiom Aleksandra Forda. Wielka sztuka reżyserowania… Potwornie naraził się Fordowi krytyk Krzysztof Teodor Toeplitz, szydząc z gumowych mieczy i plastikowych zbroi rycerzy, więc gdy podczas zabawy sylwestrowej podszedł, żeby złożyć reżyserowi najlepsze życzenia, ten odpalił: „A ja panu niczego dobrego nie życzę”. Był zajadły i pamiętliwy – wspominał Toeplitz. Ford spełnił nadzieje, jakie pokładała w nim władza, i po kompromitacji z „Ósmym dniem tygodnia” w pełni się zrehabilitował. Nikogo to nie dziwiło. Już parę lat wcześniej Leopold Tyrmand w „Dzienniku 1954”, odnosząc się do „Piątki z ulicy Barskiej”, pisał, że Ford jest koniunkturalistą i że dla nagród i zaszczytów zrobi wszystko. „Jego głównym celem są wyjazdy do Cannes, dobra materialne, własne możnowładztwo w Łodzi, polsko-komunistycznym Hollywoodzie na jego miarę. Ford ma metodę – pisał Tyrmand – potrafi tak skumulować fałsz, że nic się odkłamać nie daje, trzeba umieć przekreślić całość, a to dla prostego człowieka nie takie proste, bowiem Ford tu i ówdzie wsadzi jakiś ozdobnik, jakieś wesele, jakiś korowód pełen filmowej dynamiki, i szary człowiek macha ręką na cuchnące kłamstwo, zadowolony, że coś miga, coś się kręci”. Po „Krzyżakach” Ford miał przed sobą jeszcze osiem lat spokoju. Aż w marcu 1968 r. rozpętała się antysemicka nagonka. A Ford był Żydem. Nazywał się Mosze Lifszyc, był synem biednego majstra z łódzkiej fabryki włókienniczej i zrobił w życiu wszystko, żeby samemu nie doświadczyć biedy. Uwielbiał luksus, dobre samochody i piękne kobiety, które lgnęły do niego, mimo że miał nie więcej niż 160 cm wzrostu i z wyglądu – jak pisał jeden z zagranicznych reporterów – przypominał Groucho Marxa. Kiedy zbierał hołdy za „Krzyżaków”, był już po raz drugi żonaty z młodszą o 30 lat amerykańską aktorką Eleanor Griswold. Swoją pierwszą żonę Janinę Wieczerzyńską, którą poznał w Rosji, nad Oką, (została tam wywieziona z Lublina), po kilkunastu latach małżeństwa wyrzucił z domu, każąc jej zamieszkać w hotelu. Ich syn – Aleksander junior – nigdy mu tego nie wybaczył. Z Eleanor związał się w atmosferze skandalu. Amerykanka była wówczas żoną krytyka filmowego Zygmunta Kałużyńskiego, ale zostawiła go dla Forda. I to ona poradziła mu, żeby wyjechali z Polski, gdy Fordowi odebrano legitymację partyjną, rozwiązano Zespół Studio i wstrzymano produkcję jego filmu „Doktor Korczak”. – Ekipa robotników rozebrała dekoracje w popłochu, w ciągu jednej nocy i to był przejmujący widok – wspominał Andrzej Wajda. Gdy Ford w kompletnym szoku zastanawiał się, co robić, środowisko filmowców milczało. Nikt się nie ujął za „wichrzycielem”. Ludzie nie tylko nie chcieli się narażać, ale wielu czuło satysfakcję, że wreszcie powinęła mu się noga. Za radą Eleanor w 1968 r. Ford pozbawiony możliwości reżyserowania wyjechał z Polski. Próbował osiąść w Izraelu, Niemczech, Austrii. W końcu wybrał Kopenhagę, ale nigdzie nie mógł się odnaleźć. Dlatego postanowił wrócić, ale zgody na powrót odmówił mu ponoć osobiście sam Edward Gierek. Na emigracji nakręcił jeszcze dwa uznane za słabe filmy, zaczął wpadać w coraz głębszą depresję. Eleanor źle to znosiła. Po jego pierwszej próbie samobójczej zabrała trójkę ich dzieci (dwie córki i syna) i wyjechała do Stanów. Wkrótce potem wystąpiła o separację. Ford odwiedzał rodzinę w Naples na Florydzie, ale nie mógł już nawiązać więzi ani z żoną, ani z dziećmi. 14 lutego 1980 r. odbyła się jego rozprawa rozwodowa, a sześć tygodni później, 4 kwietnia o 4 nad ranem Ford nagrał pożegnalną taśmę adresowaną do rodziny i w tanim hotelu Suntide w Naples popełnił samobójstwo. Pokojówka znalazła go wiszącego na żyrandolu. Na stole leżało 100 dolarów i kartka: „Odchodzę, proszę po mnie posprzątać”. Korzystałam z: Janusz Skwara – „Zerwany film. Szkice do portretu Jerzego Gabryelskiego”, Nowy Jork, 1999 r. Edward Zajiček „Poza ekranem. Kinematografia polska 1918-2013”, Filmoteka Narodowa, 1992 r., film „Kochany i nienawidzony. Dramat życia i śmierci twórcy „Krzyżaków” w reż. Stanisława Janickiego, 2002 r. MARTA GRZYWACZ. Dziennikarka, autorka książki „Obrońca skarbów. Karol Estreicher – w poszukiwaniu zagrabionych dzieł sztuki".„Fot. Andrzej Kossobudzki-Orłowski/Fotonova, Edward Hartwig/Filmoteka Narodowa, archiwum prywatne”
Dla Aleksandra Forda koniec lat 50. nie był specjalnie udany. Słynny reżyser, nazywany jeszcze niedawno carem polskiego kina, tracił grunt pod nogami. Jeszcze do niedawna był rozgrywającym w polskiej kinematografii, decydował o tym, kto padnie, a kto osiągnie sukces. To jemu pozwolono nakręcić jeden z pierwszych polskich kolorowych filmów – „Piątkę z ulicy Barskiej” (1954), nagrodzony potem na festiwalu w Cannes. Teraz jednak ugruntowaną pozycję Forda atakowali byli uczniowie, Andrzej Wajda, a jego najnowszy film „Ósmy dzień tygodnia” (1958) trafił na 25 lat na półki. Adaptacja słynnego opowiadania Marka Hłaski była pierwszą po wojnie koprodukcją z kinematografią zachodnioniemiecką. Z trudnej sytuacji wyciągnęła reżysera 550. rocznica bitwy pod Grunwaldem. Piętnaście lat po wojnie poczucie zagrożenia ze strony Niemiec ciągle było duże. Wprawdzie komunistyczna NRD uznała polskość Ziem Odzyskanych, ale Niemcy Zachodnie wcale się z tym nie spieszyły. Obrona tych terenów była zresztą tym, co partia umiejętnie wykorzystywała, stale przypominając o niemieckim zagrożeniu. Pomóc w tym miało kino, a powieść Henryka Sienkiewicza była wręcz idealnym dziełem dla podsycania powszechnych lęków. Fordowi przyznano ogromny budżet i zezwolono na użycie kolorowej taśmy Kodaka. Dotąd filmy kręcono na poniemieckich materiałach zagrabionych przez Rosjan w Berlinie. Ale ani Łódź, ani Warszawa nie miały laboratorium do obróbki takiej taśmy, wysyłano ją więc samolotem do Paryża. Źródło: Newsweek_redakcja_zrodlo